Micha» Jaromin
POLSKA


ATLANTYK ‘97/98

Gdy byłem jeszcze w podstawowej szkole, w Katowicach, w maju ub. r. dowiedziałem się po raz pierwszy od pani z matematyki Aliny Pilarskiej, że istnieją Żeglarskie Rejsy dla Głuchych. W tym dniu ta pani zaproponowała uczniom z kl. VIII i VII, aby zgłosili się chętni, ale pod warunkiem, że musi to być zdolny uczeń. Kilka tygodni później przyjechał do naszej szkoły II organizator, czyli p. Tomasz Koziński w sprawie właśnie tego rejsu. Odbywał się apel, zebranie w sprawie tego rejsu, na tym zebraniu zgłosiło się kilku chętnych na wypłyńięcie w rejs, wsród nich byłem ja. Ja bardzo chciałem popłyńąć w ten rejs; prosiłem rodziców, abym mógł popłynąć. Rodzice, dyrektor szkoły i wychowawczyni zgodzili się, abym popłyńął. Tak bardzo ucieszyłem się i z niecierpliwością czekałem, aż nadejdzie czas wypłyńięcia żaglem „POGORIĄ” w Atlantyk. Nie tylko ja zgłosiłem się ale i inni ucznoiowie z mojej byłej szkoły: Monika Smyczek obecnie uczennica klasy Ia, Anna Butkiewicz obecnie uczennica klasy VIII Szkoły Podstawowej dla Dzieci z Wadami Słuchu w Katowicach. Na początku czerwca, gdy odbył się próbny rejs na trzy dni. Pojechaliśmy razem z Moniką, Anią i z innymi kolegami ze szkoły zawodowej w Katowicach do Gdynii na próbny rejs, aby przygotować się na wielki, prawdziwy rejs żeglarski. Tam było super, tylko szkoda, że tak krótko trwało. Po kilku miesiącach dowiedziałem się, że rejs odbędzie się w połowie września, ale to był I etap rejsu, a ja miałem popłyńąć na II etapie rejsu, mnie to nie przeskadzało. 29 września byliśmy wraz razem z panią Aliną Pilarską, Moniką Smyczek i z innymi kolegami, aby pozegnać syna p. Aliny, który wypłynie z Gdynii na Wyspy Kanaryjskie i z powrotem. Po kilku miesiącach dowiedziałem się, że egzamin wstępny do Liceum Zawodowego w Warszawie odbędzie się dnia 25. 04. 1998r. , a rejs dnia 22.04.1998r. wtedy próbowałem coś zrobić, żebym zdał egzamin i popłyńął w rejs, poprosiłem p. dyrektor szkoły w Katowicach, żeby próbowała prosić dyrektora Bogdana Szczepankowskiego, aby zmienił termin dnia egzaminu i udało się, egzamin odbył się 18 kwietnia b. r. Zdałem egzamin i popłyńąłem w rejs. 22 kwietnia o godz 10 była zbiórka uczniów, którzy popłyńą w rejs na Placu Trzech Krzyży. Tam najpierw było małe zebranie w sprawie rejsu. Potem buziaczki od rodziców, bagaże do autokaru, wsiąść do autokaru, zająć miejsca i po prostu odjechać w długą podróż do Hiszpanii.

O godz. 12 odjechaliśmy z Warszawy. Jechaliśmy przez małe Czechy, bogate Niemcy, skąpą Szwajcarię i piękną Francję. Nocleg mieliśmy w hotelu „Le Roma***”, we Francji, w mieście Albertville. Miejscowość Albertville leży w południowo - wschodniej części Francji, w alpach francuskich. Miasto Albertville jest piękne, kolorowe, tu kiedyś odbyły się igrzyska olimpijskie zimowe. Mieliśmy piękne pokoje razem z telefonem, telewizorem, luksusową łazienką. W łazience były: mydła, ręczniki suszarka. Następnego dnia rano, po francuskim śniadaniu wyjechaliśmy z Francji do Hiszpanii, do Kadyksu. W czasie podróży jechaliśmy przez Barcelonę. Przewodnik nasz postanowił sprawić nam przyjemność i byliśmy na krótkej wycieczce w Barcelonie. Tam tylko zwiedziliśmy jeden budynek-cud świata – Sagrada Familla, czyli rodzinny kościół. Ten budynek jest niekończący, buduje się ten kościół już od ponad 100-u lat. Ten budynek projektował słynny hiszpański architekt Gaudi Antonii. Po zwiedzeniu pojechaliśmy dalej. Ok 250 kilometrów przed Kadyksem z autokaru było widać wybrzeże afrykańskie i Giblartar. W Kadyksie byliśmy 25 kwietnia, po południu. Tam najpierw była zbiórka, czterej oficerowie utworzyli wachtę z 8, lub 9-ciu osób, póżniej gdy przyjechała załoga II-ego etapu to nastąpiła wymiana załogi. Po zbiórce, gdy ta załoga już pojechała do swojej ukochanej, stęsknionej ojczyzny (szczerze mówiąć niechętnie), a my zwiedziliśmy trochę miasta Kadyksu. Należałem do II wachty, naszym oficerem był Zbigniew Lubiczański. 25 kwietnia, czyli w sobotę wypłyńęliśmy z portu hiszpańskiego na wyspę Maderę (port.).na Atlantyku.

Początkowo czułem się samotny, liczyłem dni do powrotu do naszej ojczyzny, chciałem jak najszybciej wrócić do Polski, na Śląsk, do swojej mamusi i tatusia, ale po 6-ciu dniach już zapomniałem o przytulnym, rodzinnym domku. Pięć dni żeglowania z Kadyksu do Madery, była łagodna pogoda, dlatego na początku łatwo nam szło, a póżniej już było coraz gorzej, ale świętnie sobie radziłem. Pierwszym portem w którym zacumowaliśmy była Madera, w mieście Funchal. Wyspa Madera jest taaka piękna, jak wyspa z moich marzeń, ta wyspa jest inna, niż sobie wyrobiarzałem. Ta wyspa jest położona w górach, najwyższy szczyt ma ok 850m.n.p.m., pełen zieleni, palm, owoców egzotycznych, domów białych z czerownymi dachówkami. Nazwa Madera jest słynna z dobrej, nawet bardzo dobrej winnicy wina. Na Maderze przebywaliśmy przez 3 dni. Tam komandor, czyli Witold Tomaczewski załatwił autokar i pojechaliśmy dookoła wyspy Madery, byliśmy na szczycie Madery, tam widzieliśmy przepiękną panoramę tej wyspy. Jest ładniejsza, niż w filmie o wyspie Haiti, i Hawajach. Zwiedziliśmy miasto Funchal. Niestety 3 maja, w czasie święta konstytucji polskiej musieliśmy opuszczać ten piękny raj chlp! Ale z wielką chęcią dalej żeglowaliśmy z Funchalu do Porto (port.). Pewnego dnia gdy miałem wachtę od godz. 000 do godz 400 rano, z niechęcią wstawałem, oblałem zimną wodą twarzy, abym obudził się, ubrałem się bardzo ciepło; ubrałem: podkoszulkę, cienki golf, ciepły, wełniany golf, ciepłą bluzę, cieplutki sweter, kalesony, dwoje spodnii dresowych i gumowy sztormiak. Po 5-ciu minutach wszedłem na pokład. Na pokładzie była wymiana wachty z IV na II-ą wachtę. Nasz ulubiany asystent, czyli Wojtek Dyszewski, rozdał rozkazy oficera dla nas. Ja musiałem prowadzić żaglowiec. Było ciężko, bo było mi zimno, bolały mnie nogi, silny wiatr wiał mi prosto w oczy, aż nie mogłem sobie odczytywać ile jest stopni na kompasie, często prosiłem kogoś bliskiego, żeby wyczytał z kompasu, ile jest stopni, w dodatku mi bardzo chciało się spać. W tym czasie myślałem o przytulnym koju (łóżku), minęło zaledwie 15 minut, to znaczy jeszcze brakowało 3 godz. i 45 minut do spania. Po godzinach była zmiana pracy, ja musiałem iść na oko, czyli pilnować czy nie ma w pobliżu statków. O godz. ok. 2-ej nastąpił alarm manewrowy. Podczas alarmu wszyscy musieli obudzić się z kolorowego, słodkiego snu i z ponurymi minami wykonać rozkaz kapitana i oficera, np. wejść na reję i opuścić, lub schować żagle, a inni ciągną linię, lub idą na dziób i wpuszczją, albo chowają żagle. O godz. 400 z wielkim uśmiechem idziemy prosto do koji i poprostu spać! Codzienny program dnia na żaglowcu to: godz. 650 pobudka 700 gimnastyka, po gimnastyce prowadzonej przez II-ego organizatora umyć się i sprzątać swoją koję. Godz. 735 śniadanie. Po śniadaniu dokładnie o godz. 758 wszyscy z załogi mają być na pokładzie na apelu, bo inaczej będzie totalna katastrofa. Po apelu wszyscy pracują, jedni sprzątają, inni się uczą. Godz. 1330 – 1400 trwa obiad, pyszny obiad (czasem potwornie niesmaczny błe, a czasem coś ciekawego np. krawetki, ośmiornice). Kolacja zaczyna się o godz. 1830. I tak dalej. Kiedyś, gdy miałem wachtę bośmańską, to miałem zadanie, żeby pomalować całe ściany, sufity , podłogi, schody farbami. Malowałem prawie 5 godziny, w tym 2 przerwy: na obiad i krótką przyjemność, np. mieć wspaniałe marzenia. Po malowianu miałem całe białe włosy, gdyż farba była biała. Wtedy byłem tak zdenerwowany, że aż nie wiedziałem co właściwie robię. Po krótkim namyśle miałem różne, zwariowane pomysły z pozbyciem z białej farby z mojej ładnej fryzury: wiząłem czystą szmatę, rozpuczalinik i zacząłem wycierać włosy, w tym zajęciu pomógł mój kolega. Po wyciaraniu rozpuczalnikiem włosów, natychmiast umyłem je, myłem około 1-ej godziny, a następnie ledwo uczesałem przyklejone włosy. Uff co za ulga odzyskałem ładną fryzurę. Po sześciu dniach od wypłyęcia z Funchalu odwiedziliśmy miejscowość Porto. Porto jest dużym miastem, drugie po Lizbonie, jest to małogórskie miasto. Tam naszymi gospodarzami byli ludzie należający do Instytuntu Piegeto. Instytunt Piegeto to wyższa uczelnia, która kształci młodych studentów na nauczycieli ludzi niepełnosprawnych. Oni przygotowali wspaniały program dla nas. Najpierw przyjechał ambasador polski w Portugalii i inni ważni ludzie i odbyła się impreza na dworzu, w porcie. Tam było pełno jedzenia z kuchni portugalskiej, była muzyka z dyskoteką. Do tego miejsca przyjechała prasa, która fotografowała nas i pisła o tym w miejscowej gazecie, że my jako pierwsi głusi Polacy wypłyńęliśmy w daleki Atlantyk. Portugalscy głusi też chcą popłyńąć w taki rejs.

Następnego dnia zwiedziliśmy piękne Porto. Po południu przyjechali głusi Portugalczycy i inne ważne osoby do naszego żaglowca. Ważne osoby rozmawiali o rejsie, kapitan prowadził tę rozmowę po angielsku, bo, jak wiadomo, że to jest jęzk międzynaradowy. Kapitan potrzebował jednego kelnera, więc wybrał mnie. Ojejku dlaczego to ja, wcale nie miałem chęci być kelnerem, ale jeżeli kapitan każe to trzeba słuchać, nie miałem innego wyjścia. Tam rozdałem naczynia, kanapki, ciastka, słodycze (mniam), ale niestety nie mogłem tego zjeść. Uff udało mi się nie rozbić żadnej szklanki.

Dobę póżniej pojechaliśmy autokarem do Fatimy, do słynnego kościoła. Tam byliśmy bardzo krótko, bo było bardzo dużo ludzi-ponad 3 miliony, albowiem wtedy była rocznica spotkania troje dzieci portugaliskich z Matką Maryją i nie było miejsca na parkowanie autokaru, ale najważniejsze, że byłem w Fatimie i widziałem słynny kościół. Potem pojechaliśmy do Viseu. Viseu to miejscowość, która leży w środkowej Portugalii, 100 km od Lizbony na zachód. Tam była szkoła dla dzieci głuchych, dlatego tam pojechaliśmy, żeby odwiedzić Portugalczyków. Tam głusi Portugalczycy specjalnie dla nas przygotowali występ, był piękny. Po kilku godzinach wracaliśmy do Porto. Tam byliśmy na stadionie drużyny FC PORTO, przy okazji mogliśmy spotkać się z polskimi piłkarzami: Grzegorzem Mielcarskim, Józefem Młynarczykiem. Byliśmy uradowani, że spotkaliśmy sławnych piłkarzy, otrzymaliśmy autografy, póżniej zwiedziliśmy muzeum tego klubu.

Kapitan chciał wypłyńąć 13 maja, ale nie wypłyńęliśmy, ponieważ większość załogi była pesmistami i bali się, że przyniesie komuś pecha. Więc po pięciu dniach odpoczynku, zebraliśmy wiele sił i wróciliśmy do pracy.

Trasa z Porto do Southend-on-Sea (ang.) była trudniejsza niż przedtem, było ciężko kierować żaglowcem, gdyż płyńęły promy, które miały pierwszeństwa, był silny wiatr. Między wybrzeżem francuskim, a angielskim widzieliśmy pomarańczowe Kraby.

Na angielskiej ziemii czułem się trochę dziwnie, nie wiem dlaczego, może atmosfera angielska dla mnie jest nieodpowiednia. Był plan, że Anglicy głusi przyjadą do nas i mieliśmy pojechać na wycieczę do Londynu autokarem, ale niestety tak nie było. Anglicy głusi wcale nie przyjechali, ani nie załatwili autokaru dla nas, który wcześniej nam obiecali. Tylko 2-aj organizatorzy sami załatwili dla nas wycieczkę. Pojechaliśmy do Londynu rano pociągiem z naszym przewodnikiem, była ciocia pewnego asystenta. Tam widzieliśmy: pałac Buckinghan, zegar Big-Ben, jechaliśmy metrem, tam byliśmy krótko, ale wystarczyło nam tyle zwiedzania, tylko nie widziałem mostu West-Tower. W Anglii też zwiedziłem miasto Southrnd-on-Sea. Po dwóch dniach żegnaliśmy Anglię i płyńęliśmy dalej do następnego portu. Następnym portem była Kopenhaga, stolica Danii. W Danii byliśmy tylko 6 godzin.

Tam spacerowaliśmy po stolicy Kopenhagi, widzieliśmy słynny pomnik- pomnik syreny kopenhaskiej.

Po wypłyńęciu z portu płyńęliśmy przez Szwecję, niestety nie dotknąłem ziemii szwedzkiej. Gdy już minęliśmy Szwecję to witaliśmy nasz Bałtyk, na powitanie Bałtyku rzuciłem stare buty do wody. Długo nie mogłem uwierzyć, że już za 3 dni będę w Polsce, nie mogłem uwierzyć, że dni tak szybko mijają i będę musiał opuszczać moją ukochaną POGORIĘ. Ostatnim portem, który zobaczyliśmy była to wyspa duńska Bronholm. Zacumowaliśmy na wyspie Bronholm, w mieście Ronne, aby zatankować.

To niedługo trwało ok. 1 i pół godziny. Do naszej ukochanej ojczyzny dopłyńęliśmy 30 maja, najpierw do Helu. Tam pakowaliśmy plecaki, torby, bardzo dokładnie sprzątaliśmy kabiny, myliśmy niemal cały żaglowiec. Następnego dnia dopłyńęliśmy do Gdynii, gdzie stęsknione mamusie i tatusie czekają na swoje dzieci. Czysty, piękny żaglowiec zacumował w porcie, w Gdynii dnia 30 maja godz 1215. Tam najpierw odbył się uroczysty apel z okazji zakończenia rejsu „ATLANTYK’97/98". Po apelu prędko do swojej mamusi i tatusia po buziaczki. Prawie każdy uczestnik rejsu pokazazał swoim rodzicom żaglowiec i przedstawił rodzicom kapitana, oficera, bosmana i.t.p.

Z trudem zegnałem POGORIĘ. Następny rejs odbędzie się prawdopodobnie za 2-3 lata, najprawdopodobniej do Ameryki, ja bardzo chętnie popłyńąłbym na ten rejs. Hej dobrzy uczniowie radzę wam zebyście popłyńęli na ten rejs, gdyż naprawdę warto, dostaniecie (wycisk), ale jest tam bomboowo i wesoło, niż myślicie!!!